HULTAJ POLSKI – WYWIAD Z TURBO RODZINĄ

 

Zapraszamy do lektury wywiadu z Hultajkami Polskimi, niezwykła marką odzieżową tworzoną przez turbo rodziną. Dziewczyny wraz z Hultajskim Marcinem będą uczestniczyć w naszym mega wydarzeniu Weekend z Family Power 7-9 lipca!

Ostatni moment, żeby do nas dołączyć!

Więcej informacji i rejestracja: Tutaj

Magda: Cześć Dziewczyny! Super Was widzieć! Spotykamy się dzisiaj, aby porozmawiać o Waszym fajnym życiu rodzinnym, takim zupełnie niestandardowym.

Ania: Czy nasze życie jest takie niestandardowe, to nie wiem. (śmiech) No.… może o tyle jest niestandardowe, że wszyscy razem pracujemy w rodzinnej firmie i spędzamy ze sobą masę czasu. Najwięcej oczywiście ja i mój mąż, Marcin. Sonia chodzi do szkoły i jak wraca, to większość czasu spędza z nami. Własna firma oznacza niestety to, że nie mamy czasu pełnego dla siebie, dlatego że pracujemy w weekendy.

Sonia: Weekendy, dni wolne, święta, kiedy powinno się spędzać czas z rodziną. Znaczy w Wielkanoc ostatnio było mało pracy. W Boże Narodzenie też, ale na przykład tata w wakacje wyjechał i widziałam go tylko przez dwa tygodnie czy coś takiego.

Ania: No, ale wiesz Sońka, że we wszystkich rodzinach w wakacje rodzice pracują. Rodzice nie mają wakacji. To jest tak, że wakacje ma się tylko wtedy, kiedy chodzi się do szkoły.

Sonia: Mamo ja wiem, ale to jest trochę dziwne, że tak… pracują, ale dzieci raczej widzą je przez wakacje, a nie, że widzą je tak jak ja, przez tydzień, albo kilka dni.

 

Ania: Wydaje mi się, że nie do końca jest tak, jak ty myślisz. Często, „starzy” wyjeżdżają, są różni rodzice. Jak pracowałam w teatrze, to wyjeżdżałam bardzo dużo. Większość moich kolegów pracuje i wyjeżdżają na dwa, na trzy miesiące i przyjeżdżają tylko na weekendy, więc nie, nie jest z nami tak źle.

Magda: Czyli ten czas generalnie, jest bardzo ważny dla Ciebie Soniu. Czujesz, że potrzebujesz go więcej, tak?

Sonia: Tak, Tak.  I ostatnio też… Znaczy, jak byłam młodsza, to mama bardzo dużo wyjeżdżała, ja tęskniłam. Nawet dzwonienie mi nie pomagało, bo jeszcze bardziej się nakręcałam. Strasznie tęskniłam. Leżałam na podłodze i waliłam pięściami w dno, czyli podłogę.

Ania: Tak, ale między innymi to spowodowało, że zmieniliśmy dotychczasowe życie. Z życia choreografa i tancerki postanowiliśmy stworzyć właśnie firmę rodzinną.

Magda: Ile Sonia wtedy miała lat?

Sonia: Cztery, a nawet cztery i pół. No.… cztery i trzy czwarte (uśmiecha się)

Magda: Soniu a powiedz mi, co najbardziej się Tobie podoba, w tym, że mama prowadzi firmę?

Sonia: Nic.

Magda: No coś ty, zobacz jakie masz super ciuchy.

Sonia: No dobra, dziewczyny mi zazdroszczą (uśmiecha się)

Anka: Wiecie co ja myślę? To jest trochę tak, że Sonia nigdy nie była w sytuacji rodziców, którzy wychodzą do pracy o 8 rano, a wracają o 16 i dopiero wtedy zaczyna się życie domowe. Rzeczywiście pod tym względem żyjemy inaczej i na pewno staramy się funkcjonować według takiej zasady

„Rób to co kochasz, a nie będziesz pracować ani jednego dnia w życiu.”

Oczywiście, nie zawsze się to udaje, ponieważ praca we własnej firmie, to nie jest tylko projektowanie ubrań, ale przede wszystkim jest to masa buchalterii, masa problemów. Zarządzanie podwykonawcami, zarządzenie budżetem, planowanie strategii i tak dalej i tak dalej… Trochę tak jest, że poświęcamy niewspółmierną ilość czasu tym problemom, a radości z prowadzenia właśnie swojej firmy, często gdzieś przemykają niezauważone.

Sonia: Denerwuje mnie to, że jak są jakieś problemy, to mama bardzo się nimi przejmuje i ja też wtedy się nimi bardzo denerwuję. Czuję taką dziwną rzecz, że one również mnie dotyczą.

Anka: No tak Soniu, one Ciebie dotyczą, bo cały świat, w którym żyjemy Ciebie dotyczy. Czasami mówię, że coś Ciebie nie dotyczy w sposób bezpośredni. Nie musisz nic z tym robić, bo to dorosłe, pracowe rzeczy. Ja to muszę załatwić….

Sonia: A ja mam takie sprawy, które Ciebie nie dotyczą.

Anka: Oczywiście, masz masę takich spraw.

Sonia: W szkolę na przykład.

Anka: Ja bardzo się z tego cieszę. Będziesz miała więcej kumpelek, potem chłopaka i…

Sonia: … i ja chce mieć chłopaka i się z nim całować (uśmiecha się)

Anka: No tak, to jest bardzo przyjemne, nawet jak się wymieniasz bakteriami (śmieje się)

Sonia: Blech.

Anka: Miałyśmy opowiedzieć o czym?… O zmianie tak?

Magda: Tak generalnie o zmianie. Co się stało w momencie jak pojawiła się Sonia? Jak zmieniło się Twoje życie i Twoje postrzeganie świata?

Anka: Postrzeganie świata… Przez długi czas nie mogłam zaakceptować, że moje życie się zmieniło. Sonia jest wymarzona i wyczekana bardzo. To nie jest tak, że pojawiła się przypadkowo na tym świecie, ale przed jej urodzeniem wydawało mi się, że zupełnie nic się nie zmieni. Wydawało mi się, że będę taką turbo matką: złapię dziecko w nosidło, na plecy zarzuci plecak i pojedzie. Ja nawet podejmowałam próby takiego funkcjonowania, bo już z Sonią bardzo malutką próbowałam pracować w teatrze. No i co się okazało? Okazało się, że to nie było możliwe z bardzo wielu powodów. Po pierwsze byłam bardzo zmęczona, po drugie niesłychanie za nią tęskniłam, a po trzecie coś ewidentnie zaczęło się we mnie zmieniać. Na początku, nie byłam w stanie tego zaakceptować. To jest trochę tak, że teatr jest miłością, stylem życia, wyborem. Dlatego bardzo wiele osób tworzących teatr, nie decyduje się na dzieci, dlatego, że wiedzą o tym, że po prostu nie da się tego pogodzić.

Sonia: To była męczarnia… Dla mnie. Jak Ty pracowałaś, to sobie wyobraź, że mi się śniły takie rzeczy, że po prostu…. Straszne rzeczy wtedy mi się śniły. Ja sobie spałam spokojnie i śniło mi się, że śpię i śnię – i właśnie w tym śnie naglę się budzę, a tata mi mówi, że mamę kosmici porwali.

Anka: Dziecko tęskni, człowiek tęskni. Ten mały i ten duży. A poza tym okazuje się, że teatr dzieci nie lubi. Teatr nie jest prorodzinnym miejscem. Nie ma bowiem takiej możliwości, że przychodzę do reżysera i mówię, że dziecko mi zachorowało i w związku z tym ja nie mogę… Wszystkim otwierają się szeroko oczy i patrzą z niedowierzaniem na człowieka- w ogóle nie ma takiej dyskusji. Bardzo wiele kobiet boryka się z takim problemem. Obserwuję to czasem u swoich koleżanek. Dają radę, ale na pewno nie jest to łatwe. Ja w pewnym momencie doszłam do wniosku, że już nie mam siły. Na początku Sonii było wszystko jedno, czy jestem, czy mnie nie ma. Nie było takiego dramatu, ale rzeczywiście, kiedy Sonia skończyła mniej więcej 3 lata okazało się, że tęsknota zaczyna się pojawiać. Zaczęły też padać pytania nie –> kiedy wrócisz, tylko –> czy wrócisz??? Poczułam, że to jest ten moment. Teraz albo nigdy. Bo zawsze będę tą mamą, której wiecznie nie ma i oczywiście kiedy wraca, ma całą masę czasu. Bo oczywiście jak wracałam to…

Sonia: …bawiłyśmy się, przytulałyśmy się, chodziłyśmy na spacery do kina.

Anka: Dokładnie.

Sonia: Robiłyśmy pikniki. Mama zawsze przywoziła mi prezenty i z tych prezentów mam właśnie najukochańsze zabawki.

Magda: No to widzisz, to były jakieś super rzeczy?

Anka: Były, wtedy były, a teraz pojawiła się tęsknota. To jest trochę tak, że to jest, ta tęsknota niezaspokojona, bo tak naprawdę, ja jestem cały czas pod ręką i w zasadzie, to jest takie proste. Można przyjść do mamy i powiedzieć: „chodźmy!” a mama zawsze stukając coś na klawiaturze mówi: „nie teraz kochanie, piszę coś.” To jest dużo gorsze, bo jak nie ma tego rodzica fizycznie, to można za nim tęsknić, ale można też do niego zadzwonić. My musimy teraz ten czas, tę rzeczywistość tak zlepić, aby udało się ją pogodzić. Nie tylko czasowo, ale i emocjonalnie. Przyznam otwarcie, że jako rodzina mamy z Marcinem poczucie, że bardzo długo Sonia cierpiała na tym co się działo. W którymś momencie przyszedł taki czas, że podjęliśmy męską decyzję i powiedzieliśmy sobie, że musimy stworzyć świat, który sobie wymarzyliśmy. Jest takie powiedzenie

„Uśmiechaj się tak długo, aż będziesz wesoły” 

Rzeczywiście, coś w tym jest. My zaczęliśmy od takiej bardzo prostej rzeczy, jak zmiana poranków. Budziliśmy się zmęczeni, wściekli. Wszystko na szybko… wszyscy znamy ten klimat… Martwa twarz, mieszanie kawy, poganianie wszystkich dookoła, zła atmosfera.

Sonia: Ja się strasznie bałam tych poranków, nie lubiłam ich.

Anka: Ale widzisz, jest zmiana?

Sonia: Tak, teraz jak się budzę do szkoły, to pierwsze co słyszę: „Króliczku, pobudka, pora wstawać.”

Anka: Dokładnie tak.

Sonia: Jak wychodzę do szkoły: „Miłego dnia, baw się dobrze.” Jest też dużo wymian naklejkowych.

Anka: Tak, to prawda.

Magda: Super, to bardzo ważne co mówicie.

Sonia: Mama się bardzo zmieniła z tego punktu widzenia.

Magda: Podjęliście świadomą decyzję, że potrzebujecie zmiany i wspólnie zdecydowaliście jak ta zmiana będzie wyglądać?

Anka: Nie, nie decydowaliśmy. Powiedzieliśmy sobie tylko tyle, że każdy z nas wie jakich gestów oczekuje. Przytulenia, uśmiechu… I te gesty, jest tak naprawdę bardzo łatwo zrobić, naprawdę. Ale nikomu z nas ich się nie chce robić. Okazuje się wtedy, że jest to kula śniegowa. Jeżeli rano się przytulimy i ktoś zdobędzie się na uśmiech i powiemy sobie, że przecież to jest nasze życie, nasz jedyny poranek tego dnia. Przecież ten dzień nie będzie mieć więcej poranków, i jeśli ten czas zamienimy sobie w piekło, to jest tylko i wyłącznie nasza wina i cały dzień też będzie piekłem. Wiadomo bowiem, że wszystko co ma na coś wpływ, ma swoje konsekwencje. Więc jeżeli postaramy się i podniesiemy ducha, że tak powiem… zrobimy kilka gestów w swoją stronę, to spowodują one, że ta druga osoba się uśmiechnie, to te poranki będą lepsze. Nam się zupełnie zmieniły, zauważyliśmy, że życie dzięki temu zaczęło nam się zmieniać. Że zaczęliśmy się uśmiechać, czasami rzeczywiście na siłę, do momentu, kiedy nie zaczniemy czuć się lepiej. Jest jeszcze takie powiedzenie, które ja wymyśliłam, ale moim zdaniem jest ono bardzo mądre. Wydaję mi się, że jest takie prawdziwe.

„Udawaj przed dzieckiem dobrego człowieka, a może się nim staniesz” 

Sonia: No tak, i ja też wymyśliłam takie powiedzonko dla mamy. Żeby troszkę lepiej sobie radziła i wszystkiego na siebie nie brała.

„Sama kuli ziemskiej nie szoruj.”

Magda: Extra, piękne. „Sama kuli ziemskiej nie szoruj.” Cudowne, bardzo fajne.

Sonia: …żeby wszystkiego nie brała na siebie, żeby troszeczkę odpoczywała między tą swoją pracą.

Anka: (Całuje Sońkę) Jesteś super, naprawdę. Wszyscy dojrzewamy do sytuacji. Czasem musimy dotknąć dna, aby przekonać się o tym, że nie mamy wyjścia, że minęliśmy jakiś punkt życia, że musimy się cofnąć. Nie.… cofnąć to jest bardzo złe słowo. Musimy zrobić krok w inną stronę.

Magda: Bardzo się cieszę, że o tym mówisz, bo u nas właśnie w Family Power to jest główna misja: Chcemy uświadomić rodzicom, że ten pęd i bieg, jest naszą codziennością. Staje się on naturalny i właśnie ważne, aby w pewnym momencie powiedzieć sobie stop i poszukać innych rozwiązać. Zapytać siebie czy ja w tym biegu czuje się szczęśliwy? Niestety często okazuję się, że nie, że zmiana jest potrzebna.

Anka: Pędu się nie zmieni. Pęd jest. Natomiast powstaje pytanie, jaki mamy stosunek do tego pędu. Ja zauważyłam, że od momentu podjęcia właściwej decyzji: zmiany, wszystko się zmieniło. My jesteśmy dosyć szczególni, bo rzeczywiście, nigdy nie pracowaliśmy na etatach. W sensie takim, że to był inny typ pędu. Własna firma, wielka odpowiedzialność i tak dalej i tak dalej… Ciągłe to ciśnienie, zauważyłam, że od momentu podjęcia tej decyzji przestałam odczuwać tak straszne ciśnienie odpowiedzialności w głowie. Oczywiście wiem, że z tego, co jest w mojej głowie musi wyżyć całkiem spora gromadka osób. Jednak dotarło do mnie, że jeżeli wyluzujemy, to życie stanie się prostsze. Wiesz, my mamy specyficzną sytuację i ludzie mówią, że nam nie zazdroszczą, że pracuję razem z mężem. Mój partner sceniczny mówił, że wolałby z balkonu skoczyć, niż ze swoją żoną pracować. Rzeczywiście początki były bardzo trudne. Przede wszystkim musieliśmy się zgrać.

Sonia: No tak, ale teraz czasami też się nie zgrywacie, czasami… Ja mówię czasami, bo na przykład, nie wiem do kogo mam się w pewnych kwestiach zapytać, żeby drugie się zgodziło…

Magda: Najczęstszy problem domowy (śmiech)

Anka: …, ale wiesz, jesteś coraz sprytniejsza.

Sonia: Jestem liskiem chytruskiem hi hi.

Anka: W pewnych sprawach uderza się do mamy, w innych do taty. Myślę, że Sonia też jest takim człowiekiem, który jest bardzo odpowiedzialny. My hołdujemy zasadzie, że nie można z drugiego człowieka zdejmować odpowiedzialności. To jest bardzo ważne.

 

Sonia: Jestem odpowiedzialna, samodzielna …

Anka: Tak wiem, ale musisz też nauczyć się dawać innym kończyć zdanie. To jest bardzo ważne. Mam takie poczucie błędu wielopokoleniowego. Tego, że za dzieci się wszystko robiło. Ja przypominam sobie ciągłe siedzenia ze mną i odrabianie prac domowych. Pilnowanie tego…

Sonia: Przecież też mi pomagacie!

Anka: Ale wiesz, to jest zupełnie coś innego. Sonia od samego początku, jak była mała ma obowiązki domowe.

Sonia: Pranie.

Anka: Tak, w naszym domu Sonia jest odpowiedzialna za pranie. Spisaliśmy umowę domową, którą wszyscy podpisaliśmy, bo przyszedł moment chaosu. Jest takie powiedzenie, że

„Jak się ludzie kochają, to naczynia się same zmywają.”

Niestety, to tak nie jest. Na początku, no może na początku, ale później okazuję się jednak, że nie i nagle wszyscy patrzą na siebie krzywym okiem, bo… naczynia są nie pozmywane, a w łazience jest brudno itd. itd… No i w którymś momencie stwierdziliśmy, że musimy coś z tym zrobić i spisaliśmy na kartce obowiązki domowe: „kto, co”. Podpisaliśmy się wszyscy pod tym i to wisi u nas w domu na lodówce. Muszę powiedzieć, że dzięki temu wiele problemów się skończyło. Marcin jest odpowiedzialny za kuchnię, ja jestem odpowiedzialna za łazienkę, a Sonia jest odpowiedzialna za pranie. My tylko komunikujemy Sonii, że kończy nam się bielizna. Sonia jest też odpowiedzialna za swoją własną przestrzeń, w której …

Sonia: …w której nie trzymam porządku…

Ania: …, ale to jest Twoja własna przestrzeń.

Magda: A jak dzieliliście te obowiązki?

Sonia: Po prostu się umówiliśmy. Ja na przykład, bardzo nie chciałam mieć rzeczy, takich wymagających bardzo. Które by mnie ciągnęły przez cały dzień, że miałabym poczucie, że muszę to zrobić. Pranie, jest taką rzeczą, że mogę je zrobić, mogę odłożyć na później. Znaczy, za bardzo nie mogę odkładać, no ale…

Anka: Na jeden dzień można. Ja powiedziałam, że nienawidzę wkładać i wykładać rzeczy ze zmywarki, a wiem, że dla Marcina mycie łazienki jest czystą abstrakcją. Więc myślę, że wybraliśmy wszyscy takie rzeczy, w których czujemy się w miarę najlepiej. Oczywiście, to nie jest tak, że sztywno się tego trzymamy. Czasami, ktoś nie może pozmywać, to pozmywa ktoś inny. Czasami Sonia, nie może wstawić prania, to ktoś inny to zrobi.

Sonia: Ja czasami zmywam. Czasami uczę się zmywać. Zmywam rękami albo w zmywarce. Na przykład, jak jestem w gościach, to prawie zawsze proponuję, że mogę pozmywać.

Anka: Bardzo dobrze, to jest bardzo grzeczne.

Sonia: Plus dla mnie.

Magda: Brawo. Brawo Ty! Aniu, a jakie jeszcze zmiany zaszły w Twoim życiu, po pojawieniu się Sonii? Co ważne się pojawiło?

Anka: Wiesz co, na pewno dużo gniewu związanego z tym, że nagle muszę się dostosowywać, ponieważ ja zawsze byłam człowiekiem wolnym. Pracowałam tak, jak chciałam i kiedy chciałam. Pojawienie się w życiu dziecka powoduje takie poczucie obowiązku.

Sonia: Przeze mnie byłaś wściekła?

Anka: Nie! To nie o to chodzi. To nie jest taki gniew, że człowiek jest wściekły, tylko wszystko bardzo się zmienia.

Sonia: Biegłaś sobie pod wiatr, a teraz jakbyś siedziała na słoniu, a on mówił: teraz mnożę jeden przez dwadzieścia osiem.

Anka: No mniej więcej, bardzo dobra metafora. Ja nie umiem takich dobrych metafor jak Ty wymyślać. To jest naprawdę dobre…Tak, tak… To jest taka zmiana … No przecież zawsze mogłam wyjść do kina, a teraz nie można. Czasem, sobie myślę, że ja nigdy nie byłabym takim człowiekiem i nigdy nie byłabym na tym etapie drogi, gdyby nie Sonia. Na pewno czuję się dojrzalsza. Na pewno czuję, że walczę z jakimiś cechami, takimi jak egoizm czy egotyzm, które w każdym z nas są. Nie ma co się ich wypierać, bo one po prostu istnieją.  Jednakże, przed urodzeniem dziecka na pewno te cechy są dużo bardziej dopieszczone, bo możemy sobie na to pozwolić. Fakt pojawienia się dziecka powoduje, że zaczynamy nad tymi cechami pracować.

Sonia: A Ty mnie kochasz?

Anka: (Całus w czoło) Uwielbiam Cię.

Magda: Aniu, nazwa Waszej firmy też nie jest przypadkowa?

Anka: Hultaj Polski. No tak … Słowo hultaj zostało dopasowane bardziej do początków naszej firmy, która miała być marką dziecięcą i oczywiście mówiła o takich cechach, jakie miała Sońka. Czyli o przebojowości i jej łobuzerskim charakterze. Jesteśmy z Sonią z takiej ciekawej linii kobiecej. Bardzo drobnych, ale bardzo silnych kobiet. Ostatnio oglądałyśmy „Przeminęło z wiatrem” i tak patrzyłam na ten film i myślałam „No kurczę, Scarlett O’hara to ja!” Nie z wyglądu oczywiście (śmieje się), ale z charakteru. Myślę, że Sońka też, jest taka sama. Moja mama i moja babcia – wszystkie walczyłyśmy z przeciwnościami losu.

Magda: Coś mi się jednak ze Scarlett nie zgadza, jeżeli chodzi o porównanie z Wami, że „pomyślę o tym jutro”. Mi się wydaje, że w waszym przypadku jest „pomyślę o tym dzisiaj.”

Anka: Właśnie nie. To jest ta lekcja, to jest ta zamiana … Bardzo często powtarzam to zdanie, jakie mówiła Scarlett O’hara „Pomyślę o tym jutro”, bo bardzo często było tak, że spiętrzenie problemów, szczególnie dla takiej osoby jak ja, która jest takim naczelnym dyrektorem w firmie, czyli odpowiada za dużą ilość różnorodnych spraw. Bywały takie momenty, że przychodziło załamanie. Ostatnio uczę się tego myślenia jak Scarlett: „Pomyślę o tym jutro.”

Magda: Aniu na sam koniec chciałabym Cię zapytać co myślisz o warsztatach Family Power, o pomyśle kreatywnej szkoły, która skierowana jest zarówno do dzieci jak i rodziców.

Anka: Myślę, że kluczową rzeczą, która jest ważna w relacji rodzica z dzieckiem to odnalezienie części wspólnej. Często, żeby ją odnaleźć trzeba wyjść i to jest taki pierwszy krok do zbicia tak zwanych luster, ponieważ dom nas szalenie upycha w konwencjach, w nim zawsze coś trzeba. W momencie, gdy z niego wychodzimy razem, w jakiejś sprawie, to otwiera nam się ta wspólna przestrzeń. Pragniemy, aby coś się zmieniło, coś fajnego się wydarzyło. To jest właśnie ten pierwszy krok, a jak wiadomo pierwszy krok nigdy nie jest do tyłu. Wydaje mi się, że to jest bardzo fajne i bardzo ważne. Myślę, że nakręcamy się ogromnie w wychowanie dzieci, w nieludzkiej relacji między nimi, a nami, gdzie albo się do czegoś zmuszamy, albo nie do końca jesteśmy prawdziwi. Często nie potrafimy znaleźć takiego wspólnego środka. Takie warsztaty, które otwierają nas na sztukę, na ruch, na fotografię, na wszystko co może być wspólną relacją, pozwala nam na szukanie części wspólnych. Jeśli znajdziemy coś co będziemy chcieli robić razem, to będziemy szczęśliwi. Łatwiej jest znaleźć tę wspólną część z dorosłym, aczkolwiek też niełatwo. Z dzieckiem jest to trudniejsze, bowiem na przeszkodzie stoją zahamowania wynikające z wielopokoleniowych błędów wychowawczych, których jesteśmy ofiarami. Ja życzę szczęścia i trzymam mocno kciuki za wszystkich rodziców i wszystkie dzieci. Za wszystkich ludzi, którzy w tych warsztatach wezmą udział, dlatego, że wierzę w to, że odnajdą dzięki temu uśmiech i to czego im najbardziej życzę, czyli normalność, wspólny język i zrozumienie.  Dlatego trzymam za warsztaty naprawdę mocno kciuki i wierzę, że Family Power da szanse wielu rodzinom na odnalezienie siebie po raz kolejny. Do zobaczenia w przestrzeni Family Power.