Wywiad z Ewą Foley

Ewa Foley – Wielka Nauczycielka i Wielka Uczennica w pełni realizuje swój cel: „Chcę wykorzystywać cały swój potencjał i wiedzę w pracy na rzecz uszlachetniania współczesnego świata”.

Możliwość przeprowadzenia rozmowy z Ewą to dla mnie wielki zaszczyt, czysta radość, ogromna wdzięczność i mogłabym tak bez końca, ale wiecie nie było łatwo. Ewa jest bardzo zajęta, często w rozjazdach, między Polską, Australią a Stanami. Umawiałyśmy się kilka razy, po pół roku w końcu się udało. Nasze spotkanie zaplanowane było na pół godziny, a trwało prawie dwie godziny. To wspaniałe uczucie być rozmówcą dla tak niezwykłej i doświadczonej kobiety. Więcej o Ewie możecie znaleźć na Jej stronie: http://ewafoley.pl/o-ewie/

A teraz zapraszam do lektury, koniecznie podzielcie sie z nami swoimi odczuciami po przeczytaniu i udostępnijcie znajomym, jeśli uznacie ten tekst za wartościowy.


Magda: Ewo, bardzo Ci dziękuję, że mogłam się z Tobą spotkać, ponieważ jesteś niesamowicie interesującą kobietą. Od wielu osób słyszałam na Twój temat, że jesteś „aniołem” i absolutnie się z tym zgadzam.

Ewa: Czytałaś moją książkę „Bądź aniołem swojego życia”? Jeśli nie, to w prezencie ją ode mnie dostaniesz. Na samym początku zawsze się śmieję, że rozpoczynam od tego, że ludzi nazywam ziemskimi aniołami. Myślę, że to Ci się spodoba.

Magda: Ewo spotkałyśmy się dzisiaj, aby porozmawiać o projekcie, który prowadzę i który otworzył moje życie na nowo. Family Power z ideą „Wznieś się na poziom dziecka” Janusza Korczaka. Męczyłam Cię o spotkanie już od pół roku i w końcu się udało.

Ewa: Tak, masz rację. Ja jestem również bardzo upartą osobą, więc doceniam to tym bardziej. Większość młodych kobiet w Twoim wieku już dawno by się poddała, ale Ty nie, więc tym bardziej brawo. Gratuluje uporu.

Magda: Bardzo dziękuję, to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Ewo, z wieloma osobami rozmawiałam na temat tego projektu, ponieważ jest to dla mnie bardzo ważna inicjatywa. Skierowana do dzieci, ale przede wszystkim do całych rodzin. Powiedz mi proszę, jak słyszysz tę nazwę „Family Power”, co to znaczy dla Ciebie?

Ewa: Zaraz odpowiem na Twoje pytanie, ale takie pierwsze skojarzenie to – wszystko co jest związane z dziećmi z czynieniem dobra dla dzieci, jest dla mnie bardzo ważne i bardzo cenne, dlatego siedzę tutaj dzisiaj z Tobą i rozmawiam.  Family Power, jak mi powiedziałaś kilka miesięcy temu, to moje pierwsze skojarzenie brzmiało: „No, nareszcie ktoś wyszedł z inicjatywą i zrozumiał, że w rodzinie jest moc.” Ja wiele, wiele lat temu wymyśliłam taki projekt: „Rodzina najlepsze miejsce na świecie.” Więc teraz moja odpowiedź na Twoje pytanie – najlepszym miejscem na świecie jest rodzina, i w związku z tym od wielu lat robie wszystko co w mojej mocy, staram się przekazywać, że jest to najlepsze i najbardziej bezpieczne miejsce dla każdego. Myślę, że właśnie w tym jest moc. Potwierdził to wiele lat temu Bert Hellinger, którego sprowadziłam sporo lat temu do Polski. Pierwszy raz w roku 2003 jak zaczęłam interesować się rodziną jako systemem, ponieważ rodzina jest swojego rodzaju systemem, w którym każdy ma swoje właściwe miejsce ….

Na pierwszym warsztacie Berta Hellingera usłyszałam od niego takie zdanie: „Sukces ma twarz matki”. Długo się zastanawiałam, co miał na myśli. Wiem, że jest to mądry człowiek i jak coś mówi, to na pewno jest to dobrze przemyślane. Po jakimś czasie oświeciło mnie, że tym prostym zdaniem Bert określił to, czego ja uczę ludzi od lat, czyli że … bez korzeni nie ma skrzydeł. Jeżeli nie będziesz mieć stabilnych korzeni w miejscu, z którego pochodzisz w twojej rodzinie, to naprawdę ciężko rozwinąć skrzydła życiowe. To czego uczy od wielu dekad na świecie Bert to właśnie pojednania w rodzinie.

Przecież na Hawajach jest rytuał Ho’oponopono – jeżeli ktoś choruje to rodzina zbiera się razem i wszyscy sobie nawzajem wybaczają. Założenie jest takie, że jeżeli ktoś w rodzinie choruje to znaczy, że relacje są zaburzone. Proste jak konstrukcja cepa, ale w naszej kulturze nikt tego nie uczy. Jak dziecko choruje to daje się mu antybiotyk, a tam cala rodzina zbiera się, by naprawić relacje między sobą.

Wiemy od antropologów badających kulturę hawajską, że w momencie, kiedy osoba otrzymuje wybaczenie, pojednanie i zreperowanie relacji – nagle ten chory członek rodziny zdrowieje. Jak to logicznie wytłumaczyć? To jest właśnie Family Power, to jest prawdziwa moc. Nie dajemy żadnej pigułki, tylko szukamy rozwiązania w systemie, w założeniu, że „każda choroba” (mówię teraz w cudzysłowie), „każde zaburzenie” jest spowodowane jakimś zaburzeniem systemu. Jeżeli zrobimy porządek w systemie, to dzięki rodzinnej pracy okazuje się, że to zaburzenie zwane chorobą w magiczny sposób znika.

Magda: Słyszałaś może o badaniach z Epigenetyki?

Ewa: Tak, tak słyszałam. Opowiedz jednak proszę, aby i czytelnicy wiedzieli o co w nich chodzi.

Magda: Samiec szczura przy zapachu wiśni był rażony prądem. Okazuje się, że strach związany z tą przykrą sytuacją, przechodził przez trzy kolejne pokolenia przez plemniki. Lęk wywoływany przez zapach wiśni był przekazywany genetycznie nie przez matkę, tylko właśnie przez samca. Są to twarde dowody naukowe, których nie da się podważyć. Chciałabym właśnie, aby w Family Power o tym mówić, żeby te rzeczy nazywać i żeby dawać też świadomość rodzicom, że to jak traktują dzieci ma na nie realny wpływ.

Ewa: Piękna idea, naprawdę piękna. Te badania naukowe potwierdzają co jogini mówili od bardzo dawna. Pamiętam, jak byłam bardzo młodą kobietą i przeczytałam w książce „Autobiografia Jogina” takie zdanie Paramahansy Yoganandy:

„Praca nad sobą, – którą nazywamy samodoskonaleniem – i wynikające z niej zmiany działają 7 pokoleń wstecz i 7 pokoleń do przodu.”

Gdy miałam 22 lata zaczęłam medytować, potem ćwiczyć jogę i czytać literaturę rozwojową. To wypływało z mojej potrzeby na życie świadome… Byłam wtedy pewnego rodzaju odmieńcem. Ludzie na mnie patrzyli ze zdziwieniem i beztrosko wyrażali swoje opinie, że zwariowałam, ale ja wiedziałam, że samo-świadomość, samo-poznanie ma sens. To proste: jeśli ja będę więcej wiedziała na swój temat to będę lepszą matką, lepszą siostrą, lepszą kochanką, lepszą partnerką, żoną, człowiekiem, kobietą i tak dalej. To, że jestem bardziej świadomą osobą sprawia, że jest mi łatwiej żyć. Dlatego po powrocie do Polski (wiele lat mieszkałam w Australii) założyłam w połowie lat 90-tych wraz z moją przyjaciółką Małgosią Bojanowską Instytut Świadomego Życia, taką szkołę życia z filiami w wielu miastach. Uważałam wtedy, że taka edukacja życiowa jest bardzo potrzebna, by lepiej funkcjonować w pracy i w rodzinie, mądrzej żyć, dobrze się komunikować.

By zdobyć taką wiedzę życiową i zostać trenerem rozwoju osobistego przez lata uczestniczyłam w specjalistycznych warsztatach i szkoleniach w Australii, USA i Europie, płaciłam duże pieniądze, które mogłam na przykład przeznaczyć na nowe ubrania. Wierzyłam, że jeżeli moje wewnętrzne dobre zmiany działają siedem pokoleń wstecz – i choć dla normalnego umysłu jest to ciężkie do objęcia – czyli dla moich nieżyjących dziadków, pra pra dziadków itd. No i siedem pokoleń do przodu…. Miałam wtedy małe dziecko, synka, i założyłam, że moje wnuki będą miały z mojej pracy wewnętrznej też korzyści, a potem  prawnuki i pra- prawnuki.

Wiesz, Bert Hellinger uczy nas pięknej, bardzo prostej medytacji, wizualizacji z rodzaju „family power”. Jesteśmy tu i teraz, obydwie jesteśmy matkami. Przed sobą stawiasz w wyobraźni swoje dzieci, przed nimi ich dzieci czyli twoje wnuki… Za swoimi plecami stawiasz rodziców, za rodzicami ich rodziców, twoich dziadków. Czyli za tobą stoją dwie osoby, w następnym rzędzie już cztery, w następnym rzędzie osiem, potem 16, 32, 64, 128.. i tak dalej. Czujesz energię tego tłumu przodków za swoimi plecami? Właśnie to jest dla mnie Family Power. W tej wizualizacji odnajdujesz moc i wsparcie przodków, którzy byli tutaj przed tobą i ty jesteś tu i teraz a przed tobą następne pokolenia, które – jak Bóg da – przekażą życie dalej. Czyli twoje dzieci w pierwszym rzędzie, w następnym rzędzie dzieci twoich dzieci, twoje wnuki, prawnuki. To jest właśnie istnienie w przepływie życia… To jest zgoda, by życie tej rodziny, ze wsparciem poprzednich pokoleń, i tego, co ty podasz dalej następnym pokoleniom, to było silnym fundamentem do nowego życia. Bo im bardziej ja jestem świadoma, zdrowa na ciele i na umyśle, tym więcej zdrowych przekonań i zdrową postawę wobec życia przekażę dalej.  Dla mnie to jest Family Power, to bycie w przypływie życia i bycie w swojej rodzinie na właściwym miejscu.

Magda: Bardzo dziękuje Ci za to co powiedziałaś. Ja chciałabym też Ci coś opowiedzieć. Historia z mojej szkoły: Widzę tatę, który ma dwie kochające córki, który się angażuje, który przywozi te dzieci na zajęcia tydzień w tydzień. Dodam również, że znałam go już od dobrych kilku lat. Przez ten czas zaobserwowałam, że bardzo zależy mu na córkach, jest nimi zainteresowany, stara się w tym życiu rodzinnym funkcjonować, wspomagać żonę. Czar pryska, kiedy dziecko wychodzi z zajęć. Lektor mówi, że dzisiaj córka miała gorszy dzień, ale dzisiaj wszystkie dzieci troszkę słabiej pracowały. W tym momencie tata mówi do córeczki: „byłaś niegrzeczna, już Cię nie kocham”. Rozumiesz? Dziecko w płacz, a ja stojąc obok doznałam szoku. Jak w ogóle w takiej sytuacji zareagować? Co nie powiesz, dobrze wiesz, że i tak zostaniesz źle odebrane. Jak to się mówi „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.” Tak mi się wydaję, że on do końca nie miał świadomość, że robi dziecku krzywdę.

Ewa: Chyba nie miał, bo gdyby miał – to nigdy by tego zdania nie powiedział… prawda? Właśnie chodzi o świadomość, to jedyne co może nam zapewnić godne życie i adekwatne do sytuacji zachowania. Jego zachowanie i komentarz nie były adekwatne. Ja miałam podobną sytuację kilka dni temu. Idzie ulicą mama z małym chłopcem – może 5-letnim –  i słyszę mijając ich jak mama mówi: „A ty się uspokój, bo jak się nie uspokoisz, to oddam Cię dziadowi”. I już wiem, że w tej rodzinie istnieje byt zwany „dziadem”, czyli dziecko jest straszone. Przerażenie na buzi małego, usztywnione ciałko…. . Myślałam, że mi serce pęknie z bólu… Teraz pytanie, co zrobić, gdy jesteśmy świadkami takich scen. Reagować, nie reagować? Myślę, że ten tata i ta mama nie działali z premedytacją, żaden rodzic nie chce przecież krzywdy swojego dziecka… Kiedyś gdy zareagowałam w obronie dziecka bitego w miejscu publicznym spotkam się z agresją rodzica: „Nie wtrącaj się, to moje dziecko. Ja z moim dzieckiem mogę zrobić co chcę.”

Wierzę, że godne życie to świadome życie. Oczywiście chcemy wszyscy zostawić po sobie dobre dziedzictwo, ale ludzie często błądzą, tak jak tata z korytarza twojej szkoły i mamę z mojej ulicy. Dylemat moralny: jeżeli nie zareagujesz to energetycznie zgadzasz się na przemoc.

Przypomina mi się scena z mojego życia, kiedy sama stanęłam wobec takiego dylematu moralnego. Było to wiele lat temu w Paryżu w metrze.  Obok mnie chłopczyk rozmawia z mamą. W pewnym momencie dzieciak podnosi głos, na co matka z całej siły wymierza mu policzek. Byłam zszokowana. Potem wieczorem dowiedziałam się, że we Francji jest to na porządku dziennym. Rodzice biją swoje dzieci po twarzy w ramach dyscypliny rodzicielskiej, ale wtedy, w metrze tego nie wiedziałam.  Chłopczyk otworzył usta by coś powiedzieć, a matka kolejny raz wymierzyła mu policzek, aż biedakowi głowa odskoczyła. Wstałam i złapałam ją za rękę, którą zamierzała uderzyć małego kolejny raz. Ludzie w metrze dalej czytali gazety, nikt nawet nie podniósł wzroku. Pomyślałam sobie wtedy, że jeżeli ja będę obojętnie patrzeć na tę scenę, to znaczy, że daję przyzwolenie że bicie dziecka jest ok. Nie wiedziałam przecież, że w tym społeczeństwie wszyscy mają na to zgodę… Mam nadzieję, że od tego czasu wiele się we Francji zmieniło.
Do tej kobiety co straszyła swojego synka dziadem powiedziałam, że on się boi, i poprosiłam, aby go nie straszyła. No i oczywiście usłyszałam możesz się domyślić co… Specjalnie się tymi wyzwiskami nie przejęłam, bo wiedziałam, że jak się na mnie wścieknie, to nie będzie się już wściekała na swoje dziecko. Czyli w jakimś stopniu przekierowałam jej uwagę na siebie. Ja jestem osobą dorosłą, mi krzywda żadna się nie stanie, jeśli ktoś na mnie nawrzeszczy. Może też coś do niej dotrze i zastanowi się, że jednak ta osoba, którą spotkała na ulicy, może miała rację… Wierzę w to, że zmieni kierunek myślenia. To moja największa pasja: zmiana myślenia.  Od lat propaguję ideę, że mamy wybór…

W prezencie od życia dostajesz codziennie całkiem nowe 24 godziny. Możesz ten czas zmarnować lub wykorzystać mądrze i świadomie. Wybór należy do Ciebie.” Ewa Foley

Magda: Z racji tego, że moi rodzice wychowali się w czasie powojennym a ich rodzice w czasie przedwojennym…

Ewa: Czyli twoi rodzice są pierwszym pokoleniem, który chował się w czasie pokoju tak?

Magda: Tak. Chciałabym zwrócić uwagę na kontekst kulturowy, który odnosi się do wychowywania i traktowania dzieci przedmiotowo. Cieszę się, bo teraz zaczyna się o tym mówić głośniej. Widzę to w ten sposób, że jest bardzo dużo teorii, dużo się dzieje, coraz więcej się o tym mówi, że nie można bić dzieci. Jednak to traktowanie przedmiotowe my mamy właśnie w tych korzeniach, bo sami tego doświadczyliśmy. Wiesz o czym mówię? To jest to, co wychodzi w takich najmniej oczekiwanych momentach, w tym pośpiechu, w tym stresie. To są takie reakcje, niekontrolowane te, których nie do końca jesteśmy świadomi.
Jaką wskazówkę dałabyś rodzicom, w momencie, kiedy to przedmiotowe traktowanie wymyka się spod kontroli.

Ewa: Wiesz ja wszystkim rodzicom od zawsze polecam wspaniałą książkę jako literaturę obowiązkową: „Wychowanie bez porażek” Thomasa Gordona. Przekazał w niej wszystko w mądry, piękny sposób. Uważam, że są tam bezcenne wskazówki jak sprostać dobremu wychowaniu dziecka.

Słynne „Wyznanie wiary” Gordona to takie Credo od Rodzica do Dziecka. W co wierzy i jak chce, żeby ta relacja wyglądała. Bezcenne!

Magda: Ja zawsze podkreślam to, że urodziliśmy się dziećmi, a nie rodzicami. Rodzicami się staliśmy, jednakże te dzieci dalej mamy w sobie, tylko niestety je zaniedbujemy i zapominamy o nich, a przecież warto do nich wracać, opiekować się nimi i z nimi rozmawiać. Dlatego właśnie przez Family Power „Wznieś się na poziom Dziecka” pragniemy, żeby znaleźć ten pomost serca. Między naszym wewnętrznym Maluchem, a tym, którego trzymamy na kolanach.
Jesteśmy w takim biegu, w czasach dużej odpowiedzialności, że musimy być też tymi rodzicami, którzy stawiają granice, ponieważ dziecko potrzebuje czuć bezpieczeństwo i my jesteśmy za nie odpowiedzialni. Jednakże ważne jest nawiązywanie relacji z poziomu swojego dziecka „Co ja lubiłam robić, czym lubiłam się bawić, co mi sprawiało frajdę” wracanie do tego i uważnie bycie z dzieckiem. Właśnie to chciałabym poprzez Family Power przekazywać. Takie 10 minut uważnego bycia z dzieckiem codziennie. Moje dziecko wewnętrzne z moim dzieckiem na kanapie.

Ewa: Powiedziałaś bardzo mądrą rzecz. Ja się pod tym podpisuję. Koncepcja „pod-osobowości” a wśród nich „wewnętrznego dziecka” została stworzona w latach pięćdziesiątych przez Amerykańskie małżeństwo psychologów Sidry i Hala Stone’s. Działa dokładnie tak jak powiedziałaś. Jeżeli ty masz kontakt z swoim wewnętrznym dzieckiem, wewnętrzną dziewczynką, czy wewnętrznym chłopczykiem, i jeżeli ta relacja jest uzdrowiona, jest piękna, pulsująca, szczęśliwa i umiesz dbać o dziecko w sobie, to wtedy łatwiej jest ci dbać o swoje dzieci zewnętrzne. Hal i Sidra Stone wierzą, że w każdym z nas istnieje wewnętrzne dziecko. Oczywiście to jest tylko umowna nazwa, na jeden z licznych aspektów naszej osobowości.

Magda: Ewuniu, mogę Cię zapytać o twoje dzieciństwo. Co najbardziej pamiętasz ze swoich lat młodości?

Ewa: Wiesz, mam takie powiedzenie, że nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo. Ja byłam trzecim dzieckiem urodzonym w mojej rodzinie. Pierwsze dziecko zmarło – to był mój brat. Moja starsza siostra miała wtedy kilka miesięcy, więc ja zostałam poczęta, żeby być „chłopcem na zastępstwo” [śmiech]. Nic dziwnego że jako dziecko zachowywałam się jak chłopak, strasznie rozrabiałam… Po mnie urodziła się jeszcze jedna dziewczynka. Czyli jesteśmy trzy siostry. Ja jestem środkowa. Najstarsza ma ciężko, bo bierze na siebie wszystkie obowiązki pierwo-rodnej. Najmłodsza wiadomo, jest rozpieszczana… A środkowa? Jest często ignorowana, więc ja miałam „luz blues”.
Moi rodzice ciężko pracowali, lata 50-te to był trudny czas.
Gdy miałam 7 lat ojciec kupił dom na warszawskich Starych Bielanach, w którym teraz rozmawiamy. Gdy miałam 19 lat wyjechałam z Polski do Anglii jako „au-pair”. Potem na trochę wróciłam do kraju, zakochałam się bez pamięci, wyszłam za mąż, urodziłam dziecko. Niestety rozwiedliśmy się, gdy Maciek miał 2 latka. Kilka lat później zostałam „żoną dla Australijczyka” i wiele lat mieszkałam na antypodach. Trochę włóczyłam się po świecie w ramach mojej pasji podróżniczej. Do rodzinnego domu wróciłam na krótko w połowie lat 90-tych i… się zasiedziałam.  Właśnie mijają 22 lata mojej pracy w Polsce [śmiech]
Wracając do twojego pytania, to miałam bardzo fajne dzieciństwo. Mama bardzo o nas dbała: rytmika, języki, pływanie i inne dodatkowe zajęcia pozaszkolne. Miałyśmy duży poziom niezależności, ale tylko pozornie: rodzice zaganiali nas do pracy w ich sklepie w czasie wolnym od szkoły i trzeba było zasuwać. W tygodniu rzadko spędzaliśmy czas razem jako rodzina, ale zawsze były niedzielne śniadania a latem rodzinne wakacje w pięknych miejscach.
Moja mama była naprawdę cudowną mamą. Marzyła, żeby jej córki miały wszystko czego ona – dziecko wojny – nie mogła mieć. Żeby znały języki, żeby mogły podróżować, żeby mogły zdobyć wykształcenie i to wszystko się stało …. dzięki niej.

Wierzę, że rodzice mają obowiązek „ zaprogramowania”, zaplanowania dobrej przyszłości dla swoich dzieci. Moja mama była taką właśnie mamą: dokładnie wiedziała, w którą stronę chce swoje niesforne dziewczynki pchnąć, czyli musiałyśmy być wysportowane, znać języki obce, rozwijać się intelektualnie, czyli po prostu miałyśmy się uczyć i znać smak ciężkiej pracy. W związku z tym za łopatę i do ogrodu, bo ogród trzeba było przekopać. Więc myślę, że to było wielkie bogactwo mojego dzieciństwa, czas ciężkiej pracy i intensywnej nauki. Choć oczywiście się buntowałam, gdy widziałam, że koleżanki bawią się lalkami, a ja mam obowiązki domowe. Dzisiaj wiem, że dało mi to ogromny szacunek dla ludzkiej pracy i wykształciło obowiązkowość.

Magda: To bardzo cenna nauka. Ewuniu, chciałam Cię zapytać również o Twojego Syna, tak od początku. Jak wyglądało życie, co się zmieniło po urodzeniu Maćka?

Ewa: Gdyby żył miałby dzisiaj 39 lat. Zginął tragicznie w wypadku motocyklowym w wieku 27 lat. Oczywiście dokładnie pamiętam całe jego dzieciństwo, w końcu miałam Go tylko jednego. Tak… Gdy zdecydowaliśmy się na drugie dziecko, nie mogłam już niestety zajść w ciążę, było za późno … Zawsze wszystkim młodym kobietom powtarzam, że najlepiej jest urodzić jedno dziecko za drugim, tak jak Ty zrobiłaś. Między mną, a moją starszą siostrą jest 18 miesięcy, a nasza młodsza siostra urodziła się sześć lat później. Wiesz… jest coś pięknego w posiadaniu rodzeństwa. Gdy urodziłam Maćka w roku 1978 nie było pieluch jednorazowych trzeba było tetrowe prać i prasować. To były zupełnie inne czasy niż teraz.

Magda: Jak Maciek się urodził to mieszkaliście w Polsce?

Ewa: Maciek urodził się w Polsce w szpitalu Bielańskim w Warszawie. Miał 4 latka gdy wyemigrowaliśmy do Australii z moim nowym mężem Foley’em.

Magda: Ten pierwszy okres żyliście w Polsce, a Ty pracowałaś przez długi czas w korporacji na wysokim stanowisku, jak Ci się pracowało w korpo?

Ewa : Pamiętam jakby to było wczoraj. Jechałam samochodem na bardzo ważne spotkanie biznesowe w zaawansowanej ciąży…  zaczęłam rodzić na Kępie Potockiej. Szybko zakręciłam i pojechałam do Szpitala Bielańskiego. Wiesz, dzisiaj to się mówi o takich kobietach workocholiczki, pracoholiczki. Urodziłam dziecko, wzięłam kilka miesięcy na karmienie piersią i wróciłam do korporacji. Strasznie później tego żałowałam, że nie dałam sobie więcej czasu, że to właśnie niania moje Dziecko chowała przez te pierwsze ważne lata jego życia, a nie ja. Często czułam z tego powodu winę. Ale w tamtych czasach potrzebne były dwie pensje, żeby godnie żyć.

Magda: Jak to się stało, że nagle podjęłaś decyzję, że jednak dość korporacji. Przecież tyle lat tam pracowałaś.

Ewa: Tak, wiele lat. De facto decyzję o ostatecznym wyjściu z korporacji podjęłam dwadzieścia kilka lat temu. Postanowiłam założyć własną firmę wydawniczo-szkoleniową Inspiration Seminars International. Doszłam do wniosku, że może posiedzę w Polsce trochę. Może warto propagować to, w co ja wierzę, więc założyłam Instytut Świadomego Życia, gdzie szkoliłyśmy i gdzie oferowałyśmy razem z moją współ-założycielką Małgorzatą Bojanowską roczny program rozwoju osobistego. Ludzie przyjeżdżali z całej Polski do nas, żeby się szkolić w sztuce świadomego życia. Dwa weekendy z każdego miesiąca przez 2 lata. Wyobrażasz to sobie? Ludzie nazywali nasz instytut „Szkołą Życia”. Na początku roku 2000 opublikowałam swoją pierwszą książkę „Zakochaj się w życiu”, później drugą „Bądź Aniołem swojego życia”, później trzecią „Powiedz życiu TAK”. Instytut rozrastał się, powstawały filie w wielu miastach w Polsce. Później okazało się, że nie mam możliwości zarządzania filiami, więc sukcesywnie zaczęłyśmy je zamykać. Coś się zaczęło, coś się skończyło. Ci co mieli się przeszkolić, to się przeszkolili. Osoby, które prowadziły filie Instytutu Świadomego Życia zaczęły prowadzić swoje własne firmy i robią to dalej.

Magda: Ewo, jeszcze chciałam Cię zapytać o Charytatywny Festiwal: „Szczęście na głowie” i o bardzo ważny „background” tego festiwalu. Organizatorką tego niezwykłego wydarzenia jest Twoja synowa?

Ewa: Tak, trzeba powiedzieć, że synowa. Jest związana z tym bardzo śmieszna anegdota. Ola od samego początku była bardzo blisko mnie, stała się taką zastępczą córeczką. Całe życie mówiłam do Maćka: syneczku, syneczku, syneczku. Tak wyszło, że chciałam coś do Oli powiedzieć i powiedziałam „syneczko” zamiast córeczko „Mamuś, powiedziałaś do mnie syneczko”. Syneczka została w moim życiu i stała się centralną osobą projektu: „Szczęście.” To ona Aleksandra Majorek wymyśliła tytuł i formę (Festiwal): „Szczęście na głowie”. Idea tego przedsięwzięcia wzięła się z naszej potrzeby uhonorowania życia Maćka w dziesiątą rocznicę jego śmierci. Choć nie ma go w naszym życiu, pokazujemy, że można dalej żyć szczęśliwie dobrym życiem. Hasłem I edycji Festiwalu SZCZĘŚCIE NA GŁOWIE w roku 2015 w Warszawie było: „Życie jest sztuką, a szczęście wyborem”. Wierzę,  że mimo  trudności i tragedii życiowych –  zawsze można wybrać szczęście.

Magda: To piękne, co mówisz. Wiesz – ja bardzo bym chciała to podkreślić, krzyczeć i wrzeszczeć. Niestety nasz kontekst kulturowy jest taki, że umartwiamy się i ciągle marudzimy. Tutaj też możemy przytoczyć wyniki badań naukowych, ponieważ udowodniono, że marudzenie ma negatywny wpływ na nasz mózg. Dajmy sobie spokój z tym hejtem i koncentrowaniem się na wytykaniu ludziom błędów. To na czym się koncentrujemy wraca do nas, koncentrujesz się na szczęściu wraca szczęście, koncentrujesz się na nieszczęściu, mnożysz smutek. Wy udowadniacie, że pomimo wielkiej tragedii można być szczęśliwą osobą.  To Wielka Lekcja!

Ewa: Miesiąc temu Ola, moja syneczka, nagrała transmisję live na jednej z moich prelekcji i … wypuściła w świat. W ciągu kilku tygodni obejrzało tę prelekcję pt. „Sztuka autentycznego życia” prawie 50.000 osób.

Czasami tam zaglądam.  Wczoraj trafiłam na taki komentarz:

Ta Foley od 20 lat mówi wciąż o tym samym. Ciągle się powtarza”. Moja pierwsza reakcja była taka „Jaki to wspaniały komplement,”. Więc napisałam pod tym postem „Bardzo dziękuję, ja się rzeczywiście powtarzam, bo nie mam nic nowego do powiedzenia. Bądź najlepszą wersją siebie. Masz jedno życie i drugiej szansy nie dostaniesz, więc zrób ze swoim życiem najlepszą rzecz na jaką Cię stać. Czyli bądź dobrym rodzicem, bądź dobrą siostrą, dobrą żoną, dobrym dzieckiem dla swoich rodziców i rzeczywiście ja po prostu się powtarzam”. Uznałam to za najlepszy komplement ze wszystkich. Bo na końcu co w życiu jest naprawdę ważne? Jak będziesz wiedziała, że za chwilę weźmiesz ten ostatni oddech, to żeby powiedzieć sobie, że żyłam dobrym, fajnym życiem. Ja myślę, że kluczem jest to, żeby wziąć ostatni oddech i spokojnie umrzeć. Odejść z tego świata wiedząc, że zostawiłam po sobie dobre ślady, dobre dziedzictwo.

Festiwal „Szczęście na głowie” odbywa się raz w roku, w różnych miejscach w Polsce. Jest wydarzeniem charytatywnym, prowadzonym przez Fundację o pięknej nazwie: „Angel’s Help”. Jest to grupa młodych kobiet, które jak aniołki postanowiły pomagać innym. Pierwsza edycja odbyła się 8 marca 2015 roku, czyli w dzień urodzin mojego Maćka, bo Maciek urodził się w Dzień Kobiet. Szukaliśmy beneficjenta, który też miał na imię Maciek i który też miał wypadek motocyklowy, ale przeżył ten wypadek. Tak znaleźliśmy Maćka, który przeżył wypadek i zrządzeniem losu był w tym samym wieku co mój Syn, też miał 27 lat. Stracił lewe ramię, więc celem tego charytatywnego festiwalu było zebranie wystarczającej sumy pieniędzy, aby kupić Maćkowi protezę i udało się.

Dobro się mnoży, jeśli się nim dzielisz, więc my postanowiłyśmy szerzyć dobro i szerzyć taką ideę. Prelegenci pracują charytatywnie, sztab wolontariuszy pracuje charytatywnie. Jest strona internetowa: szczescienaglowie.pl, każdy bilet jest taką cegiełką, która przyczyni się do możliwości kupienia protezy. Zostaliśmy przy protezach, ponieważ są to bardzo kosztowne rzeczy. W tym roku naszą beneficjentką jest młoda kobieta Beata Wosiecka, która kilka lat temu straciła w wypadku nogę i zbieramy na protezę dla niej. Hotel Hilton Double Tree Wawer dał nam salę bezpłatnie, co jest fenomenalnym aktem dobroczynności. Dotychczas większość hoteli brała od nas duże pieniądze, więc te, które by poszły na protezę, szły po prostu na wynajęcie sali. Ten hotel oddał nam salę charytatywnie.
Mamy ciekawy program, wyśmienitych prelegentów i dużooo niespodzianek. Pragniemy, aby sala była pełna, aby idea: „Życie jest sztuką, a szczęście wyborem” poszła w świat. Bez względu na to, co w życiu się dzieje, masz wybór. Masz wybór postawy, wobec tego co się dzieje.

Magda: Bardzo cieszę, że również będę mogła ten projekt wspierać, ponieważ jest bardzo niezwykły i wartościowy. Ewuniu bardzo dziękuję Ci za cudowny wywiad.

Zostałam ogłoszona Ambasadorką Szczęścia i wspieram projekt: „Szczęście na głowie” całym sercem bo wierzę, że szczęście to kwestia świadomego wyboru.


1 Comment

  1. No tak! Miało być krótkie pół-godzinne spotkanie, a zrobiła się głęboka życiowa rozmowa starszej pani Ewy F z młodą damą Magdą W. Pięknie napisane Madzik! Podziwiam Twoją mądrość i pasję…

Leave a Reply

Required fields are marked*